Strasznie dużo kilometrów nakręcił ostatnio licznik mojego samochodu. Człowiek nawet nie miał czasu aby usiąść, pomyśleć, odpocząć. Na drodze pojawiły się nowe obowiązki, nowe uliczki i przystanki. Zanim to wszystko człowiek ogarnie i przystosuje swój tryb jazdy do nowych warunków, to trochę czasu mija. Tak to już jest, wszyscy jesteśmy tak stworzeni, że nie bardzo podobają się nam wszelakie zmiany w naszej jeździe i nieswojo czujemy się jak zmienia się widok za oknem naszego auta. Jednak każdy z nas, czeka w swoim życiu na zmianę, która przyniesie mu szczęście i lepsze życie. Jak już kilkukrotnie przemierzymy nową trasę nabierzemy odpowiednich nawyków na nowej drodze, wtedy wskakujemy w stare wysłużone koleiny i niesie nas rzeczywistość.
Kilometry mijają, my beztrosko jedziemy, nie zdajemy sobie sprawy jak to może być zdradliwe. Każda życiowa droga ma z góry określoną liczbę zakrętów do pokonania. Niektóre są łagodne i łatwe, inne zaś mogą stać się naszymi ostatnimi chwilami za kółkiem. Ale niech Was nie zwiedzie łatwość pierwszych, wbrew pozorom z tych lżejszych, łatwiej wypaść. Wszystkiemu winna jest brawura albo nieostrożność, takie zdradliwe poczucie bezpieczeństwa. Ale jak tu nie czuć się bezpiecznie jak wszystko mamy poukładane, zaplanowany każdy kilometr oraz każda minuta naszej jazdy. Czasem człowiek się zagapi, nie zauważy znaków ostrzegawczych o zbliżającym się zakręcie i zamiast skręcić kołami, pojedzie prosto pakując się w drzewa i kończąc jazdę. Na drodze nie tylko nasza nieuwaga może zakończyć naszą podróż, może to uczynić inny użytkownik drogi. Niebezpiecznie zetnie zakręt pakując się nam na czołówkę, a my ratując się przed zderzeniem zapewne wybierzemy pobocze i drzewa.
Nie tylko zakręty są niebezpieczne, czasami sama jezdnia ucieka nam spod nóg. Na swojej drodze spotykamy kompanów do jazdy, zawsze w kilkoro jest raźniej, jeden drugiego wspiera i pomaga gdy ten stanie na poboczu, a co zrobić gdy taki kompan zmienia swoją trasę? Co zrobić gdy człowiek którego traktujesz jak brata, któremu wiele zawdzięczasz, z którym mogłeś pogadać o wszystkim, który otworzył przed tobą inny nieznany świat i nagle w tym całym wyścigu szczurów stał się Twoim przyjacielem, nagle skręca w swoją bramę? Czujesz jakby ktoś szybkim i jednostajnym ruchem otworzył zapadkę pod Twoimi nogami. Pęka tryb który napędzał Twoje działania, nagle wszystko co do tej pory było poukładane nagle zaczyna się sypać, nagle zaczynamy bać się o kolejne kilometry o kolejne przystanki. W tym całym zamęcie i bólu który przeszywa człowieka, ogarnia nas szczere szczęście, że ktoś nam bliski dostaje szanse na lepsze jutro, i tylko jego radość potrafi nam ulżyć.
Trasa naprawdę potrafi zaskoczyć niejednokrotnie, zakręty, nierówna jezdnia, koty na drodze, czasem nieuwaga innym razem brawura, a czasem samo-destrukcja. Wcisnąć pedał gazu w podłogę i przypieprzyć z całych sił w mur. Warto? Jak poukładać sobie życie na nowo? Jak sprawić aby asfalt był równy i zakręty bezpieczne? Czy ktoś nie powie któregoś dnia, "bardzo mi przykro ale nie wiedziesz na ten parking" Szerokości.
czwartek, 4 listopada 2010
poniedziałek, 4 października 2010
Na parkingu marzeń
Poniedziałek to dzień, który u wielu ludzi wywołuje ciarki na plecach oraz doprowadza do furii. Moje auta odzwyczaja się od kopcenia, jednak jak przystało na prawdziwe Polskie auto jest różnie, kwadratowo i podłużnie. Padła propozycja żeby zagłuszyć chęć kopcenia dobry radiem, lub dobrą muzyką. Tak się składa, że słucham przeważnie tylko jednej stacji radiowej, czasem też i konkurencji, a co do muzyki to już inna opowieść. Teraz pewnie każdy się spodziewał małej recenzji tego, czego słucham lub co chciałbym polecić.
Niespodzianka:) nie będzie żadnej "pseudo" recenzji i innego syfu. Każdy ma swoje gusta, a o gustach się nie dyskutuje. Nie jestem też żadnym godnym autorytetem*, żeby nawracać ludzkość. Nie mam również zamiaru nikogo przekonywać na siłę do swojej płytoteki, od uszczęśliwiania ludzi są burdele i kościoły. Różne są gatunki muzyki, różne są też upodobania muzyczne ludzi. Jeśli ktoś ma ochotę posłuchać tego, co kocham i przy czym najlepiej się czuję prowadząc, to jest zmuszony wsiąść do mojego auta i przejechać kawałek, a może wtedy poczuje to, co ja.
Pierwszy tydzień kolejnego sezonu serialu "Rzeźbimy coś z niczego". Przez moje auto przeleciało dziwne uczucie, które od kilku miesięcy było mi obce. Obawa, strach, to ludzka reakcja na coś nowego, na coś, co dopiero się wydarzy. Do tego dochodzi ten wyścig, którego oficjalnie nie ma, o którym głośno się nie mówi. Na swojej codziennej drodze mam kilka przystanków, nazwijmy je "parkingami". Na jednym parkingu zatrzymuje się, bo muszę, jeśli się tam nie zatrzymam nie odprowadzę składek OC i AC oraz NW, od dłuższego czasu nie mogę odnaleźć więzi, która by mnie z tym parkingiem łączyła. Przez połowę dnia nic, pustka, mechaniczne wykonywanie powierzonych mi czynności.
Kolejny "parking" jest już bardziej kolorowy jednak bardziej męczący i do tego nocny niestrzeżony. Ale daje dużo radości i kasy. Wtedy właśnie, gdy klapa bagażnika idzie w górę można posłuchać muzyki, z którą się utożsamiam, dzięki której czas na parkingu upływa w miłej atmosferze.
Jest jeszcze jeden "parking". Postój przy bulwarze marzeń, taka mała kraina rodem z dobrego pisma motoryzacyjnego. Pamiętam jak dane mi było po raz pierwszy wjechać na ten nieznany teren, małe zwyczajne auto, pośród dobrych, renomowanych marek. Uczucie podobnego do tego z podstawówki, kiedy człowiek przechodził korytarzem gdzie lekcje miały starsze klasy, ten podziw i szacunek, że oni są tacy COOL. W ten pamiętny dzień mogłem stać na tym parkingu jak równy z równym z samochodami, które nie jedną bramę w swoim życiu minęły. Gdy tak stoi się na swoim miejscu, i kiedy czuje się na sobie wzrok ludzi, którzy przechodzą promenadą, przyznaje jest to bardzo miłe uczucie. Każdy na tym placu chce być podziwiany, chce żeby jego auto wygrywało przeróżne rankingi, odnośnie wyglądu i osiągów. W takim naszym małym egocentrycznym świecie znalazło się również miejsce dla niezdrowej konkurencji. Krzywe parkowanie, zastawianie wyjazdu, obijanie drzwi, rysowanie karoserii i inne zagrania nie fair. Czy oznacza to, że aby zostać na parkingu też trzeba zacząć chamską jazdę? Robić dobrą minę do złej gry? Powiecie, że to brednia i moje wymysły, możliwe. Przewrażliwienie? Zazdrość? A może, coś zupełnie innego? Dla mnie jedna osoba, która powie za kilka lat: "pamiętasz stało tam kiedyś takie małe śmieszne autko" to ogromny sukces.
Za dużo myśli, za dużo tego wszystkiego czasem na jednej głowie a tyle kilometrów jeszcze przede mną.
Niespodzianka:) nie będzie żadnej "pseudo" recenzji i innego syfu. Każdy ma swoje gusta, a o gustach się nie dyskutuje. Nie jestem też żadnym godnym autorytetem*, żeby nawracać ludzkość. Nie mam również zamiaru nikogo przekonywać na siłę do swojej płytoteki, od uszczęśliwiania ludzi są burdele i kościoły. Różne są gatunki muzyki, różne są też upodobania muzyczne ludzi. Jeśli ktoś ma ochotę posłuchać tego, co kocham i przy czym najlepiej się czuję prowadząc, to jest zmuszony wsiąść do mojego auta i przejechać kawałek, a może wtedy poczuje to, co ja.
Pierwszy tydzień kolejnego sezonu serialu "Rzeźbimy coś z niczego". Przez moje auto przeleciało dziwne uczucie, które od kilku miesięcy było mi obce. Obawa, strach, to ludzka reakcja na coś nowego, na coś, co dopiero się wydarzy. Do tego dochodzi ten wyścig, którego oficjalnie nie ma, o którym głośno się nie mówi. Na swojej codziennej drodze mam kilka przystanków, nazwijmy je "parkingami". Na jednym parkingu zatrzymuje się, bo muszę, jeśli się tam nie zatrzymam nie odprowadzę składek OC i AC oraz NW, od dłuższego czasu nie mogę odnaleźć więzi, która by mnie z tym parkingiem łączyła. Przez połowę dnia nic, pustka, mechaniczne wykonywanie powierzonych mi czynności.
Kolejny "parking" jest już bardziej kolorowy jednak bardziej męczący i do tego nocny niestrzeżony. Ale daje dużo radości i kasy. Wtedy właśnie, gdy klapa bagażnika idzie w górę można posłuchać muzyki, z którą się utożsamiam, dzięki której czas na parkingu upływa w miłej atmosferze.
Jest jeszcze jeden "parking". Postój przy bulwarze marzeń, taka mała kraina rodem z dobrego pisma motoryzacyjnego. Pamiętam jak dane mi było po raz pierwszy wjechać na ten nieznany teren, małe zwyczajne auto, pośród dobrych, renomowanych marek. Uczucie podobnego do tego z podstawówki, kiedy człowiek przechodził korytarzem gdzie lekcje miały starsze klasy, ten podziw i szacunek, że oni są tacy COOL. W ten pamiętny dzień mogłem stać na tym parkingu jak równy z równym z samochodami, które nie jedną bramę w swoim życiu minęły. Gdy tak stoi się na swoim miejscu, i kiedy czuje się na sobie wzrok ludzi, którzy przechodzą promenadą, przyznaje jest to bardzo miłe uczucie. Każdy na tym placu chce być podziwiany, chce żeby jego auto wygrywało przeróżne rankingi, odnośnie wyglądu i osiągów. W takim naszym małym egocentrycznym świecie znalazło się również miejsce dla niezdrowej konkurencji. Krzywe parkowanie, zastawianie wyjazdu, obijanie drzwi, rysowanie karoserii i inne zagrania nie fair. Czy oznacza to, że aby zostać na parkingu też trzeba zacząć chamską jazdę? Robić dobrą minę do złej gry? Powiecie, że to brednia i moje wymysły, możliwe. Przewrażliwienie? Zazdrość? A może, coś zupełnie innego? Dla mnie jedna osoba, która powie za kilka lat: "pamiętasz stało tam kiedyś takie małe śmieszne autko" to ogromny sukces.
Za dużo myśli, za dużo tego wszystkiego czasem na jednej głowie a tyle kilometrów jeszcze przede mną.
Szerokości
*
Autorytet (łac. auctoritas - powaga, znaczenie) - pojęcie mające kilka odmiennych, choć nakładających się często znaczeń.
- Społeczne uznanie, prestiż osób lub grup bądź instytucji społecznych oparte na cenionych w danym społeczeństwie wartościach.
- Osoba lub instytucja ciesząca się uznaniem, mająca kredyt zaufania co do profesjonalizmu, prawdomówności i bezstronności w ocenie jakiegoś zjawiska lub wydarzenia.
- W kontaktach międzyludzkich osoba mająca cechy przywódcze, z wysoką inteligencją emocjonalną lub charyzmą.
- W teorii socjologicznej jeden z typów idealnych legitymizacji władzy. Zinternalizowane przeświadczenie o świętości i nadrzędności przywódcy. Por. władza charyzmatyczna
-
- Najczęściej autorytet postrzegany jest jako czynnik stabilizujący więzi społeczne i ma wydźwięk pozytywny. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, iż nadmierne zaufanie do autorytetów grozi skostnieniem poglądów a czasem nawet ich zwyrodnieniem. Brak autorytetów w danej społeczności grozi jej rozpadem lub anarchią. Istnienie w społeczności jednego, dominującego, autorytetu grozi jej faszyzacją. Zbyt wielka ich liczba zagraża atomizacją.
-
czwartek, 30 września 2010
Rysa
Kierowcy mają to do siebie, że fanatycznie dbają o swoje auta. Są też i tacy którzy mają w poważaniu to, czym i jak jeżdżą nazywajmy ich "brudasami", ale to nie o nich mowa. Ja należę do pierwszej grupy, potrafię godzinami pielęgnować swoje auta żeby na trasie jako tako wyglądało i nie przynosiło wstydu. Czyste szyby, nawoskowana karoseria, starannie wyczyszczona tapicerka i co najważniejsze schludne pokrowce na siedzeniach. Trochę to kosztuje czasu, zdrowia i kasy, a i tak po jakimś czasie znajdzie się ktoś, kto powie "co tak pedalsko pieścisz swoje autko".
W pewnym momencie podróży, kierowca postanawia wpuścić do swojego samochodu pewnego gościa. Towarzysz ten jest o wiele lepszy od człowieka, ma bardzo proste podejście do pewnych rzeczy. Jak pokocha to na całe życie, to samo tyczy się nienawiści. Nie oszuka, nie zdradzi, nie zostawi w potrzebie. Pewnie już domyślacie się któż to taki. PIES najlepszy przyjaciel człowieka.
Kilka tygodni temu do mojego garażu przybłąkała się piękna sunia, której obecność może być potwierdzeniem "skurwysyństwa" które tkwi w człowieku. Młoda suczka albo uciekła, albo została porzucona gdzieś przy trasie bo się komuś znudziła, lub ktoś przestraszył się pierwszej cieczki. Jak można być takim wstrętnym skurwysynem żeby zostawić psa na pastwę losu przy drodze? Jednak człowiek to wstrętne bydle które potrafi zranić niewinne zwierze. Powinno się takich ludzi kastrować i złomować.
Wystarczyło kilka dni obcowania z psiakiem żebym zdążył go pokochać. Przestałem myśleć, że może zabrudzić tapicerkę, że siedzenia obejdą sierścią, miałem to w poważaniu. Została zakupiona karma dla Perełki, tak nazwałem psa na cześć Lubelskiego browaru, pierwsza nauka aportowania która o dziwo zakończyła się sukcesem, wszędzie chodziła przy mojej nodze. Reagowała na swoje imię, co bardzo mnie cieszyło, została zaakceptowana przez innych użytkowników garażu. Powoli stawała się częścią rodziny, ale...
Zawsze jest jakieś ale, od kilku ładnych dni, psa nie ma. Czy padła ofiarą innego auta? Czy ktoś ją zabrał do siebie?
Usłyszałem wczoraj słowa że pies nie wróci, i coś w mym silniku pękło, zapewne puścił pasek klinowy. A na karoserii pojawiła się głęboka rysa.
W pewnym momencie podróży, kierowca postanawia wpuścić do swojego samochodu pewnego gościa. Towarzysz ten jest o wiele lepszy od człowieka, ma bardzo proste podejście do pewnych rzeczy. Jak pokocha to na całe życie, to samo tyczy się nienawiści. Nie oszuka, nie zdradzi, nie zostawi w potrzebie. Pewnie już domyślacie się któż to taki. PIES najlepszy przyjaciel człowieka.
Kilka tygodni temu do mojego garażu przybłąkała się piękna sunia, której obecność może być potwierdzeniem "skurwysyństwa" które tkwi w człowieku. Młoda suczka albo uciekła, albo została porzucona gdzieś przy trasie bo się komuś znudziła, lub ktoś przestraszył się pierwszej cieczki. Jak można być takim wstrętnym skurwysynem żeby zostawić psa na pastwę losu przy drodze? Jednak człowiek to wstrętne bydle które potrafi zranić niewinne zwierze. Powinno się takich ludzi kastrować i złomować.
Wystarczyło kilka dni obcowania z psiakiem żebym zdążył go pokochać. Przestałem myśleć, że może zabrudzić tapicerkę, że siedzenia obejdą sierścią, miałem to w poważaniu. Została zakupiona karma dla Perełki, tak nazwałem psa na cześć Lubelskiego browaru, pierwsza nauka aportowania która o dziwo zakończyła się sukcesem, wszędzie chodziła przy mojej nodze. Reagowała na swoje imię, co bardzo mnie cieszyło, została zaakceptowana przez innych użytkowników garażu. Powoli stawała się częścią rodziny, ale...
Zawsze jest jakieś ale, od kilku ładnych dni, psa nie ma. Czy padła ofiarą innego auta? Czy ktoś ją zabrał do siebie?
Usłyszałem wczoraj słowa że pies nie wróci, i coś w mym silniku pękło, zapewne puścił pasek klinowy. A na karoserii pojawiła się głęboka rysa.
środa, 29 września 2010
Zakręt
Auto odpalone, 7:00 na zegarku, w baku świeci się rezerwa a to dopiero środa. Zaczynamy trasę, jednak nie jest to ta sama trasa, a dokładnie to nie ten sam styl jazdy. Stał się, bowiem bardziej agresywny, porywczy i nerwowy. Pomyśleć, że to przez ekologiczną jazdę, jednak decyzja o zaprzestaniu kopcenia jest jak najbardziej słuszna, ale jest mały problem. Bywa tak, że inne auta coraz bardziej zaczynają przeszkadzać w jeździe. To ktoś zajedzie po chamsku drogę, ktoś inny przerysuje nam zderzak i odjedzie jak gdyby nigdy nic, są też tacy, którzy na parkingu staną tak, że nie można wsiąść do swojego auta i trzeba to robić przez bagażnik. Wcześniej w takiej sytuacji kierowca zatrzymał się na poboczu, zakopcił, pogadał i wszystko przechodziło, cały stres i napięcie opadało. Co robić teraz? Jak radzić sobie z niedogodnościami trasy? Podobno medytacja jest dobrym rozwiązaniem, ale nie za kółkiem. Może to doprowadzić do kolizji albo do efektownego dachowania na poboczu. Może dodać gazu, wyprzedzić wszystkich tak żeby nikt nie zawadzał? Ale przecież nie o to chodzi, żeby się alienować. Ponownie przypominają mi się słowa mojego dziadka, człowieka, który pokonał wiele kilometrów trasy i nie po jednym asfalcie jechał. Dziadek zawsze mówił: „Grzegorz, trzeba umieć jeździć z innymi po tych samych drogach”, ale dziadku jak to robić, gdy człowiek odmawia sobie ostatniej przyjemności w życiu? Rzucenie kopcenia nie poprawi drastycznie naszych osiągów, nie doda nam mocy, ale na pewno przedłuży żywotność naszego silnika. A stres? Czy stres w tym wypadku nie dopełni dzieła zniszczenia? Pokażą to kolejne kilometry.
Wytrwałości i szerokości.
Wytrwałości i szerokości.
wtorek, 28 września 2010
Rdza
Rdza, fatalne zjawisko, które dopada każde auto. Wcześniej czy później, na naszej zadbanej i wypieszczonej karoserii pojawią się wykwity. Prowadzimy wtedy nasze auto do najlepszego w mieście lakiernika, który rozwiązuje nasz problem. Takie wykwity rdzy, przypominają ludzi, którzy uprzykrzają nasze życie pojawiając się w najmniej odpowiednim momencie. Mimo starań, mimo tych wszystkich słów na literę K rzucanych pod nosem nie chcą zniknąć. Ktoś powie "Chylu jesteś niesprawiedliwy" albo "o co CI chodzi chłopie". Nie macie tak, że na waszej drodze pojawiają się ludzie, których nie lubicie, mimo iż nawet nie zdążyliście ich poznać. To nie wszystko, mimo poznania ich bardziej wasza niechęć i dezaprobata jest coraz większa. Ta ludzka rdza prześladuje mnie jak koszmar z dzieciństwa, jak kolega z podstawówki, który naśmiewał się z nas i lał po lekcjach. Spotykamy takiego cwaniaka na swojej drodze, na naszej ukochanej drodze. Staram się jechać tak jak mówił mi mój dziadek "Grzesiu jedź tak, żeby nikt przez Ciebie nie płakał" a tu nagle pojawia się ktoś, kto wpierdala się na waszą drogę, i nagle zapominasz o słowach dziadka, pojawia się ta rdza albo gorzej przedstawiciel handlowy. Taki człowiek stara wepchnąć swój towar drzwiami i oknami. Mówisz mu żeby już sobie poszedł, zamykasz oczy liczysz do dziesięciu, po czym otwierasz oczy a on czai się za zakrętem. Najśmieszniejsze jest to, że on jest przekonany o tym, że jest "zajebisty", że jego towar jest super. Mam inne określenie na takiego człowieka "niedojebany artysta". Cwaniactwo, słowo, które wywołuje u mnie rozładowanie akumulatora, nie cierpię tego słowa i ludzi, którzy są z tym zjawiskiem kojarzeni. Narcyzm, cwaniactwo, gwiazdorstwo, Boże widzisz to i nie grzmisz? Po trupach do celu, za wszelką cenę, aby zdobyć splendor. Może tacy kierowcy mają uraz z młodości, może ksiądz po katechezie ich dotykał, może na wycieczce w górach zgwałcili go górale albo autostopowicz okazał się być tym oprawcą, nie mam pojęcia, co lub kto pozbawił takich osobników POKORY. Bardzo ważna cecha, POKORA cnota moralna, która w ogólnym rozumieniu polega na uznaniu własnej ograniczoności, nie wywyższaniu się ponad innych i unikaniu chwalenia się swoimi dokonaniami. Jak mówi znany holenderski psychiatra, "Pokora jest warunkiem uzyskania dojrzałości duchowej oraz psychicznej" (spokojnie, nie jestem aż taki mądry to ciocia WIKIpedia). Ale stwierdzam z przykrością, że są tacy użytkownicy dróg, którym brakuje tej cnoty. Starają się być autorytetem dla innych kierowców, nierzadko młodszych, którzy dopiero szukają swojej drogi. Boje się o nich, bo przez takiego cwaniaka sami nie wykształcą w sobie tej cnoty. Nakleją potem na swoje samochody modne naklejki, montują wypasione felgi, ale są też takie auta, które się mądrzą, na drodze zachowują się nonszalancko, nie dbają, że zarysują inny samochód, z rury im wali tak, że człowiek nie może za nim jechać, jednych i drugich najchętniej bym złomował i odbierał prawo jazdy. Na mojej drodze jest jednak nadzieja, jest szansa, że rdzawe auto cwaniaka zniknie raz na zawsze, bagno w tobie nadzieja. Wciągnie, przemieli, zweryfikuje i wypluje tam gdzie jego miejsce, na złom.
Ekologiczne bagno
Pogoda za oknem nie nastraja optymistycznie, a auto jak mówią słowa piosenki "tapla się w błocie". Gdy trzeba rano wstać, usiąść za kółkiem i odpalić silnik, to coś zaczyna człowieka skręcać. Czujemy wtedy wewnętrzny niepokój, z wielką ochotą zostało by się w ciepłym garażu. Ale jak to mówią koledzy "Służba nie drużba" trzeba jechać, zmierzyć się z dniem i z ludźmi, którzy również dziś nie mieli ochoty wyjeżdżać. Powiecie że to nic takiego, że da się to przeżyć, oczywiście co nas nie zabije sprawi że będziemy silniejsi, ale ile przy tym napsujemy sobie krwi. A do tego jeszcze kierowca nadal nie może się wykurować i doprowadzić do ładu i porządku. Katar, kaszel i nieustanny ból głowy, powoli zaczyna go irytować, ale są też dobre strony tego stanu rzeczy. Auto przestawia się na jazdę ekologiczną, nie trujemy się świństwem, a zaczynamy jazdę na biopaliwie. Koniec z "kopceniem"! Tylko jak wytrwać w tym postanowieniu? Co się stanie jak kaszel ustąpi i zatoki wrócą do stanu z przed choroby? W naszym kraju jest taka moda, kopcenie z kolegami na poboczach, takie przepalanie silnika. Można wtedy pogadać, pośmiać się oraz zawiązać nowe znajomości. Czy to, że auto przestaje kopcić sprawi, że więź z innymi użytkownikami drogi osłabnie? Trochę tego żal, ale z drugiej strony truć się bo inni się trują? NIE.Niech powstanie nowa moda na NIEKOPCENIE, będziemy zdrowsi a i nasze otoczenie też nam będzie wdzięczne.
Złe samopoczucie, rzucanie "kopcenia", i nawarstwianie się obowiązków sprawiają że na moment zapominam o bramie. Zaczynam się zastanawiać czy na pewno jest mi pisane choć na chwile poczuć inny świat i inną nawierzchnię pod kołami. Jest możliwość dostać się do bramy przez bagno. Jednak do bagna przymierzają się inne auta, szykują specjalne opony oraz inne gadżety, które umożliwią im poruszanie się w błocie. Niektórzy zostaną wciągnięci do bagna mimo braku starań, inni mimo starać zostaną przez bagno wyrzuceni. Niewątpliwie jest to okazja, żeby się pokazać, sprawdzić się przed finałem przy bramie. Jest jeszcze jedna kwestia, która zniechęca mnie do rzucenia się w bagno. Przypuśćmy, że bagno mnie wciągnie i pozwoli mi się w nim taplać, wtedy nie będę mógł jeździć po swojej dotychczasowej trasie, a parking po szpitalem i radiem nie będzie na mnie czekał. Wypełni się innymi autami, a moje misce zastąpi inny samochód. Nikt nie gwarantuje dotarcia do bramy, w każdej chwili bagno może człowieka wypluć jak zużytą niepotrzebną szmatę do podłogi. I co wtedy? Wrócić się nie da, miejsca zajęte. Zaczynać jazdę od początku? Od zera? Warto dla bagna? Na te pytania odpowie pewnie ktoś inny, auto które ma więcej koni mechanicznych, lepsze zawieszenie, i jest młodsze rocznikowo, auto które ma mniej do stracenia. Ja pasuje, zostaje przy tym co mam, a jak ryzykować to tylko za najwyższą cenę, którą jest nowy asfalt za bramą. Powiecie cykor, frajer, kto nie ryzykuje ten nie jedzie, czas pokaże kto ma rację.
Szerokości.
Złe samopoczucie, rzucanie "kopcenia", i nawarstwianie się obowiązków sprawiają że na moment zapominam o bramie. Zaczynam się zastanawiać czy na pewno jest mi pisane choć na chwile poczuć inny świat i inną nawierzchnię pod kołami. Jest możliwość dostać się do bramy przez bagno. Jednak do bagna przymierzają się inne auta, szykują specjalne opony oraz inne gadżety, które umożliwią im poruszanie się w błocie. Niektórzy zostaną wciągnięci do bagna mimo braku starań, inni mimo starać zostaną przez bagno wyrzuceni. Niewątpliwie jest to okazja, żeby się pokazać, sprawdzić się przed finałem przy bramie. Jest jeszcze jedna kwestia, która zniechęca mnie do rzucenia się w bagno. Przypuśćmy, że bagno mnie wciągnie i pozwoli mi się w nim taplać, wtedy nie będę mógł jeździć po swojej dotychczasowej trasie, a parking po szpitalem i radiem nie będzie na mnie czekał. Wypełni się innymi autami, a moje misce zastąpi inny samochód. Nikt nie gwarantuje dotarcia do bramy, w każdej chwili bagno może człowieka wypluć jak zużytą niepotrzebną szmatę do podłogi. I co wtedy? Wrócić się nie da, miejsca zajęte. Zaczynać jazdę od początku? Od zera? Warto dla bagna? Na te pytania odpowie pewnie ktoś inny, auto które ma więcej koni mechanicznych, lepsze zawieszenie, i jest młodsze rocznikowo, auto które ma mniej do stracenia. Ja pasuje, zostaje przy tym co mam, a jak ryzykować to tylko za najwyższą cenę, którą jest nowy asfalt za bramą. Powiecie cykor, frajer, kto nie ryzykuje ten nie jedzie, czas pokaże kto ma rację.
Szerokości.
wtorek, 21 września 2010
Auto w dobrych rękach
Nowy tydzień, nowe nadzieje i oczywiście kolejne kilometry do pokonania. Po tygodniowy bezruchu, odpalenie auta, które przez ten cały czas stało w garażu to prawdziwa mordęga. Załapał dopiero za trzecim razem, w dodatku nakopcił, nasmrodził i prawie zalał silnik. Na niekorzyść, może być też to, że w ubiegły weekend kierowca bawił się na pewnej imprezie.
Wesele, dziwna impreza, która daje możliwość świętowania nowej drogi życia. Nawet składa się takie życzenia: wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, tylko, że to wcale nie jest nowa droga życia. Każdy kierowca ma tak, że w pewnym momencie spotka inne auto, które sprawia, że już nie chcemy jeździć sami i tułać się w pojedynkę po tych samych ulicach. Kierowca postanawia wtedy, zawrzeć związek małżeński z właścicielem tego auta, które sprawia, że nasz silnik zaczyna szybciej i mocniej pracować, a światła zaczynają nam mocniej i jaśniej świecić. Zmienia się wtedy stan cywilny, w dowodzie wbijają nam współwłaściciela auta, chyba, że podpiszemy stosowne dokumenty (intercyza). Nie zmienia się natomiast droga, po której jedziemy, inna osoba może jedynie wprowadzić delikatną korektę jazdy, ja osobiście odradzam zmieniać całkowicie życia naszej połówki. Wprawiony użytkownik drogi ma swoje nawyki, swój własny styl jazdy, jeżeli nagle przewrócimy jego świat do góry nogami, to może się to dla Nas skończyć nieciekawie. Więc mała rada: warto się dotrzeć, warto przyzwyczaić się do jazdy swojego partnera lub partnerki.
Na mojej drodze prawie wszystkie auta kolegów, i koleżanek mają już swoich towarzyszy podróży. Czy to oznacza, że i na mnie przyszła kolej? Co jest dalej? Czy inne auto za bardzo nie narzuci własnego stylu jazdy? Dziwne jest to, iż wcale nie obawiam się odpowiedzi na te pytania. Czuje bardzo dziwny wewnętrzny spokój, który ogarnia całe moje ciało. Ten znakomity stan wewnętrzny spotęgowany jest przez drugie auto u mojego boku, oraz przez wszystkie inne auta z mojego otoczenia, które już same nie podróżują.
Nasuwa się od razu inne nowe pytanie, jak to ma się to marzeń, do życiowych planów? Skoro wspólnie staramy się dostawać swoje style jazdy do siebie, czy mamy też zrobić korektę swoich marzeń? Co więc z moją bramą? Czy zdołam do niej dotrzeć i choć na chwilę poczuć ten wiatr we włosach, mknąc po nowych nieznanych pasach swojej drogi?
Wesele, dziwna impreza, która daje możliwość świętowania nowej drogi życia. Nawet składa się takie życzenia: wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, tylko, że to wcale nie jest nowa droga życia. Każdy kierowca ma tak, że w pewnym momencie spotka inne auto, które sprawia, że już nie chcemy jeździć sami i tułać się w pojedynkę po tych samych ulicach. Kierowca postanawia wtedy, zawrzeć związek małżeński z właścicielem tego auta, które sprawia, że nasz silnik zaczyna szybciej i mocniej pracować, a światła zaczynają nam mocniej i jaśniej świecić. Zmienia się wtedy stan cywilny, w dowodzie wbijają nam współwłaściciela auta, chyba, że podpiszemy stosowne dokumenty (intercyza). Nie zmienia się natomiast droga, po której jedziemy, inna osoba może jedynie wprowadzić delikatną korektę jazdy, ja osobiście odradzam zmieniać całkowicie życia naszej połówki. Wprawiony użytkownik drogi ma swoje nawyki, swój własny styl jazdy, jeżeli nagle przewrócimy jego świat do góry nogami, to może się to dla Nas skończyć nieciekawie. Więc mała rada: warto się dotrzeć, warto przyzwyczaić się do jazdy swojego partnera lub partnerki.
Na mojej drodze prawie wszystkie auta kolegów, i koleżanek mają już swoich towarzyszy podróży. Czy to oznacza, że i na mnie przyszła kolej? Co jest dalej? Czy inne auto za bardzo nie narzuci własnego stylu jazdy? Dziwne jest to, iż wcale nie obawiam się odpowiedzi na te pytania. Czuje bardzo dziwny wewnętrzny spokój, który ogarnia całe moje ciało. Ten znakomity stan wewnętrzny spotęgowany jest przez drugie auto u mojego boku, oraz przez wszystkie inne auta z mojego otoczenia, które już same nie podróżują.
Nasuwa się od razu inne nowe pytanie, jak to ma się to marzeń, do życiowych planów? Skoro wspólnie staramy się dostawać swoje style jazdy do siebie, czy mamy też zrobić korektę swoich marzeń? Co więc z moją bramą? Czy zdołam do niej dotrzeć i choć na chwilę poczuć ten wiatr we włosach, mknąc po nowych nieznanych pasach swojej drogi?
środa, 15 września 2010
Na horyzoncie
Wspomniałem wcześniej, iż od pewnego czasu przy mojej drodze znajduje się tajemnicza brama,. Prowadzi do niej wąska droga dojazdowa, na tyle wąska że ledwo starczy miejsca na minięcie się dwóch aut. Przy bramie stoi mała niepozorna stróżówka, w której siedzi sobie mały niepozorny człowiek. To strażnik, który z uwagą i pieczołowitością pilnuje wjazdu do bramy. Wnikliwie sprawdza stan techniczny pojazdu, wszystkie dokumenty oraz predyspozycję samego kierującego. Na bramie widnieje duży, wyraźny napis: NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY, który skutecznie odstrasza osoby niepożądane, zresztą nie każdy jest na tyle zdeprymowany aby próbować dostać się do niej. Nie dla tego, że jest za słaby czy nie ma na tyle odwagi, podjazd do bramy jest dla wszystkich, każdy może pokusić się o swoje pięć minut, lecz nie każdy chce, nie każdy ma pasję i zapał, nie muszę chyba przypominać, że POZERZY odpadają od razu.
Podczas swojej podróży, już dwukrotnie próbowałem przejechać przez bramę, za pierwszym razem już widziałem przez uchylone wrota coś niesamowitego, lepszy większy świat, pajęczynę ulic przyozdobioną całym morzem lamp i jupiterów. Przecznice, skrzyżowania, równa nawierzchnia, brak jakichkolwiek dziur, kolein i innego syfu który napotykam na co dzień pod swoimi kolami. Za drugim razem o mały włos nie pokonałem tych pierwszych metrów za bramą, lecz nagle przed nosem ktoś niespodziewanie zamkną mi metalowe drzwi.
Z dnia na dzień, coraz trudniej dojechać do bramy i stróżówki, powoli pobocze zaczyna zarastać, a sam cel zaczyna się oddalać, jednak na horyzoncie zaczyna pojawiać się inna możliwość dotarcia do bramy, przez bagno. Sam już nie wiem czy bagno to dobry wybór, jak ktoś kiedyś powiedział: bagno wciąga, bagnem można się nieźle upieprzyć, przez to strażnik może w ogóle nie mieć ochoty na dalszą rozmowę.
Od kilku dni w dokumentach mam wbitą pieczątkę L4, nieodwołalnie do piątku auto stoi w garaż. Tak to już jest, jak jazda jest zbyt szybka, cały czas spieszymy się, za czymś gonimy, nie mamy czasu zadbać o właściwy stan techniczny własnego samochodu, to wtedy nagle silnik zaczyna się przegrzewać, gaźnik nawala, awaria układu chłodzenia i układu elektrycznego. Na własne życzenia, człowiek funduje sobie wakacje od jazdy, a tym samym wakacje od życia. Co może mnie ominąć przez te kilka dni? Czy będę w stanie odrobić te stracone kilometry, dogonić peleton, a może nawet zrównać się z czołówką? Kogo nie spotkam na swojej drodze?
Zapytacie pewnie co znajduję się za tą bramą? Na to pytanie, jak i na inne teraz nawet i ja nie znam odpowiedzi.
Intrygujące
Ciekawe czy zawsze będzie ograniczała nas droga? Jeśli będziemy autem to bardziej, niż gdy będziemy mogli z niego wysiadać. Co wtedy? Czy będziemy mogli też latać? Arielu dziękuję za te pytania. Nasze a właściwe moje życie, to ciągła jazda po tych samych ulicach.
Czy ogranicza nas droga? Z pewnością tak, ale to, jaka będzie ta droga ,wyznaczamy sobie sami. Sam decyduje czy skręcić w prawo, czy w lewo. Od 27 lat pokonuje te same ulice, mijam te same budynki, do auta wsiadają wciąż ci sami ludzie. Czasem coś się zmieni, ktoś wyremontuje nawierzchnię, wysprząta pobocze i odmaluje płot przy drodze. Bywa też tak , że do samochodu wsiądą nowi ludzie, niektórzy zostaną na dłużej inni zawitają u nas ponownie, ale są też tacy których masz ochotę pozbyć się jak najszybciej.
Od pewnego czasu na horyzoncie mojej drogi pojawiła się tajemnicza brama, za którą jest nowa droga coś nieznanego, coś co może na całą dalszą podróż zmienić mój styl jazdy. Jednak przez bramę przejadą tylko nieliczni, Ci którzy spełnią postawione im wymagania techniczne. (Ale o tym opowiem Wam innym razem).
Autem co prawda nie jesteśmy, ale odzwierciedla ono nasz stan ducha, naszą osobowość, można powiedzieć, że to czym jeździmy oddaje to kim jesteśmy. Wysiąść z samochodu możemy, jednak zmieć auta już nie. Możemy go podrasować, sprawić aby wyglądał atrakcyjniej, możemy podnieść jego parametry techniczne. Są też tacy ludzie, którzy na siłę starają się zrobić ze swojego auta inne, lepsze auto. Jednak co by nie zrobili marki auta nie zmienią, ma to nawet swoje określenie: POZERSTWO. Kiedy na swojej drodze spotykam takich właśnie ludzi, mam ochotę nacisnąć mocno na gaz i włączyć wycieraczki, aby równomiernie rozprowadzić krew na przedniej szybie. (tylko że po czymś takim, odbiorą mi prawo jazdy).
A co do latania, to już wyższy stopień życiowego wtajemniczenia, ale słyszałem o takich ludziach co potrafią latać.
wtorek, 14 września 2010
Pierwszy raz
Życie do złudzenia przypomina jazdę samochodem. Kiedy człowiek się rodzi, o celu jego podróży i o tym w jaki sposób będzie poruszał się ulicami życia decydują rodzice. Zostaje posadzony w foteliku, przypięty pasami i zmuszony do oglądania widoków zza szyby, które dyktowane są przez trasę rodziców. W miarę upływu lat, młody człowiek powoli wyrasta z fotelika, który robi się za ciasny i niewygodny. Dostaje w końcu szansę od ojca żeby usiąść przy kierowcy, jeżeli młody człowiek jest w miarę bystry, to zacznie z uwagą przyglądać się jak ojciec prowadzi swoje auto. W życiu jak i w jeździe samochodem, najważniejsza jest umiejętność kierowania swoim "autem", cokolwiek bo to nie oznaczało. Młody człowiek tej umiejętności uczy się właśnie od swoich rodziców. Przychodzi taki czas, że ojciec pozwala swojemu dziecku poprowadzić auto, te pierwsze samodzielne decyzje, ten pierwszy stres, ten pierwszy pot i obawy, czy jest ok. Ktoś przyjął, że z chwilą ukończenia osiemnastego roku życia, człowiek staje się pełnoletni i sam zaczyna decydować o swojej drodze. To tak jakby z tą chwilą ktoś podarował nam nasze własne auto, nasz osobisty środek transportu po ulicach życia. I od tego momentu nasze życie to ciągłe ŻYCIE W TRASIE.
Subskrybuj:
Posty (Atom)